nagłówek h1

Sumoza – zastrzyk adrenaliny. Marek Chmielewski

2017-01-14 | Autor: redakcja

Ocena: 4,5 | Ilość ocen: 2 | Zaloguj się aby oceniać!

Sumy, wielkie sumy. Od zawsze o nich rozmyślałem i marzyłem o złowieniu giganta na wędkę. Moją wyobraźnię podsycały opowieści wędkarskiej braci o sumach dorastających do potężnych rozmiarów. Rybach, które są dla człowieka nie do złowienia, rybach, które rwą najmocniejsze plecionki i żyłki, łamią wędziska i niszczą kołowrotki, prostują haki i rozginają kotwice. Kto z nas nie słyszał tych opowieści?

Był to początek lat 90., więc w sklepach można było kupić już lepszej jakości sprzęt wędkarski, jednak wysoko specjalistyczny ekwipunek do połowu suma był nieosiągalny. Choć ryba ta wzbudzała zainteresowanie, to na półkach sklepowych brakowało odpowiedniego sprzętu, a o przeznaczonym stricte do połowu sumów można było tylko pomarzyć. Wędkarze chcący zmierzyć się z królem polskich wód musieli jakoś sobie radzić, a nie było to łatwe. Ja też borykałem się z takimi problemami. W pierwszej kolejności poszły karpiówki i gruntówki, następnie wędziska plażowe i morskie. Jednak ciągle to nie było to. Ruskie teleskopy, choć wydawałoby się, że pancerne, pękały jak zapałki. Wiedziałem, czego mi trzeba, ale nie było takiego kija dostępnego w sklepach. Zacznijmy jednak od początku...

Lipcowe upały w mieście były dla mnie nie do zniesienia. W dzień nie potrafiłem funkcjonować, a w nocy nie mogłem spać. Kiedy zadzwonił mój przyjaciel z propozycją kilkudniowego wyjazdu na ryby nad Wartę, nie zastanawiałem się ani chwili. To było to, czego potrzebowałem. Chciałem wyrwać się z miejskiej dżungli na łono natury. Odpocząć, wyciszyć się, złapać oddech. Kuba, podobnie jak ja, ma głowę nabitą sumami po sam sufit. Omawiamy strategie i typujemy wstępnie miejsce, w którym jest dość duże prawdopodobieństwo spotkania się z wąsatym łobuzem. Niedawno odebrałem nowe, mocne kije karpiowe, postanowiłem więc je przetestować na warciańskich sumach.

Ruszyliśmy wcześnie rano, ponieważ trzeba było rozłożyć obóz, złowić jakieś żywce i przygotować wędki. W tamtych czasach - łowiąc na Warcie - ustawiałem zestawy na skrajach przykos, na gwałtownych spadkach przy brzegach i przy oberwanych burtach. Wreszcie było tak jak lubię. Wszystko zostało zrobione. Siedząc w fotelu w ciszy delektowałem się kawą z metalowego kubka. Z letargu wyrwał mnie dźwięk dzwonka zaczepionego na wędce. Zerwałem się z fotela niemal na baczność, kij giął się w stronę wody. Nagle: trrrach!!! Wszystko wylądowało w wodzie!!! W ostatniej chwili jedną ręką złapałem statyw, a drugą próbowałem utrzymać wędkę, na końcu której szarpała się potężna ryba. Stojąc niemal po pas w wodzie nie było to takie proste. W tym momencie nadbiegł Kuba i pomógł mi ze statywem, niestety wąsacz spiął się podczas całego zamieszania. Takiej ryby jeszcze nie miałem na haku. Nogi miałem jak z waty, do białego rana przeżywam porażkę.

Wstałem lewą nogą, dopiero mocna kawa pobudziła mnie do działania. Wiedziałem już, że statyw nie nadawał się do łowienia sumów, ale trzeba było go jakoś zabezpieczyć, żeby nie było powtórki z wczorajszej nocy i by przetrwał do końca naszej zasiadki. Zrobiłem cztery odciągi i zakotwiczyłem statyw do podłoża, z nadzieją, że może teraz wytrzyma.

Jeszcze przed północą miałem branie - kij wygiął się podobnie jak za pierwszym razem, ale statyw stał twardo. Podbiegłem w ułamku sekundy i zaciąłem. Wszystko to działo się na oczach mojego kumpla. Trrrach!!! Złamałem wędkę na łączeniu, plecionka pękła jak nitka... Podobno minę miałem nieciekawą. No jak tu się nie zdenerwować? Dwie ryby i dwie porażki…
Po chwili było kolejne branie, tym razem u Kuby. Po zacięciu ryba odeszła w nurt i spłynęł z nim w dół rzeki. Mój kompan nie był w stanie nic zrobić, jego plażowa wędka gięła się do granic możliwości, ale - o dziwo - wytrzymała. Nie mieliśmy żadnej możliwości powstrzymania suma. Jedyne, co nam pozostało, to pójść za rybą w dół rzeki i odzyskać chociaż jakąś część plecionki. Po niespełna 300 metrach spaceru natrafiliśmy na niedużą zatokę, w której woda właściwie nie poruszała się. To była jedyna szansa na dokończenie walki i szczęśliwe podebranie suma. Do dziś nie wiem, jak udało się Kubie powstrzymać suma i wprowadzić go w tę zatokę kijem do łowienia z plaży o długości 4,2 metra. Z podjęciem ryby z wody nie było problemu, a nasz wąsaty zbój okazał się oseskiem mierzącym niewiele ponad 130 centymetrów. Skąd taka walka, zapytacie? Ano z tego, że ani karpiówka, a tym bardziej wędka do łowienia z plaży o długości 4,2 metra, nie nadawały się się do połowów sumów. Kuba stoczył walkę z prądem rzeki, z wędką a na końcu dopiero z rybą. U mnie było podobnie, z tym, że nie wytrzymał sprzęt, a ryba nie musiała wcale być jakimś gigantem, żeby zrobić taki bałagan. Takich przygód miałem jeszcze wiele w mojej karierze sumiarza. Nie mogąc dobrać sprzętu i przebić się przez osobniki do 150 centymetrów zniechęciłem się do sumów i poszedłem w stronę karpi. Teraz z perspektywy czasu wiem, że najlepszym rozwiązaniem byłby kij morski 2,7 do 3,2 metra i gramaturze wyrzutu około 300-400 gramów.

Dopiero po kilku latach powróciła miłość do sumów, ale za to ze zdwojoną siłą. W 2012 roku wraz ze zmianą pracy pojawiły się nowe wyzwania. I tak zostałem zobligowany do stworzenia Black Cat Team Polska – grupy ludzi, których łączy jedna pasja, ludzi, którzy łowią profesjonalnie sumy pod patronatem firmy Black Cat. W skład teamu weszli profesjonaliści, wędkarze, którzy poświęcili się sumom i tylko sumom. W składzie był chyba jeden z najbardziej znanych polskich sumiarzy - Piotr Niedźwiecki. Specjalista od trollingu i chyba jeden z prekursorów tej metody na naszych wodach. Piotr jest osobą skrytą i rzadko zabiera kogoś z sobą na pokład. Kiedy zadzwonił telefon a w słuchawce usłyszałem głos Niedźwiedzia: „Sumy biorą na Odrze, pakuj się i jutro o 7 rano widzę Cię na Urazie”, byłem w siódmym niebie. Mnie tego dwa razy powtarzać nie trzeba było. Na wskazane miejsce dojechałem jeszcze przed czasem. Mój kompan już tam był i rozkładał ponton. Na wodzie wytłumaczył mi, co i jak oraz dał woblera, na którego miałem łowić. Przepłynęliśmy może 500 metrów, kiedy poczułem na wędce takie walnięcie, że o mało co nie wyrwało mi ręki z barku.

„Mam, mam rybę” - krzyczałem do Piotra, który ze stoickim spokojem wyłączał bieg i zaczynał zabawę. Tego, co wyprawiała ta ryba, nie da się opisać. Kij giął się po samą rękojeść a szczytówka nierzadko wchodziła pod wodę. Przy niektórych odjazdach suma trzeba było gonić pontonem, a szpula kołowrotka była wyraźnie ciepła. Po 15 minutach emocjonującej walki, jakiej jeszcze w swoim życiu nie miałem przyjemności stoczyć, Piotr pewnie podebrał - jak się okazało - ponad dwumetrową bestię. Przybiliśmy piątkę i popłynęliśmy na sesję zdjęciową na pobliską plażę. W drodze postanowiłem jeszcze zarzucić szczęśliwego woblera. Po przepłynięciu kolejnych kilkudziesięciu metrów miałem kolejne branie. Z początku poczułem jakby coś popchnęło moją przynętę do przodu i na chwilę przestała pracować, a dopiero ułamek sekundy później poczułem potężną siłę wyrywającą mi wędkę z ręki. „Jest kolejny!!!” - wydarłem się do Niedźwiedzia. Sum był w początkowej fazie holu nie do opanowania. Jego nieokiełznana siła była tak potężna, że robił, co chciał. Mimo dobrego wędziska i mocnego kołowrotka nie byłem w stanie nad nim zapanować. Dopiero po dobrych kilku minutach szaleńczej jazdy bez trzymanki odzyskałem kontrolę. Powoli i systematycznie podnosiłem go z dna a on uparcie odpływał i nurkował, szukając jakichś przeszkód, za którymi mógłby się schować, zaplątać trzymającą go linkę i urwać ją. Po kolejnych minutach ryba była gotowa do podebrania. Piotr zrobił to z taką pewnością i łatwością, że nie mogłem wyjść z podziwu. Po dopłynięciu zmierzyliśmy sumy. Pierwszy miał 204 centymetry, a drugi – 197. Co za dublet! Jeszcze kilka zdjęć i ryby wróciły do wody.

Po tej przygodzie zachorowałem na „sumozę” - nie jestem w stanie spokojnie spać, w mojej głowie są tylko sumy, wielkie sumy. Taki stan utrzymywał się do dnia dzisiejszego. Uganiałem się po dużych nizinnych rzekach i zbiornikach zaporowych za potworami przekraczającymi masą magiczne 100 kilogramów. Z wędką w ręku czekałem na to „kopnięcie”, po którym kij wygnie się w pałąk a kołowrotek zagra najpiękniejszą melodię dla wędkarskich uszu. Kto wygrał tym razem?! Tak, to jest to!!! Ten zastrzyk adrenaliny i emocje sięgające zenitu, kiedy zagrają styki. Serdecznie polecam.

Blogi użytkownika redakcja

Polecane filmy

Zawody BlackCat Extreme 2016

Zawody BlackCat Extreme 2016

Autor: redakcja

Zawody odbyły się 2-3 lipca 2016 w miejscowości Uraz na rzece Odrze. Sponsorem zawodów była firma Black Cat.

Nowości MadCat na sezon 2017

Nowości MadCat na sezon 2017

Autor: redakcja

Pod koniec ubiegłego roku gościliśmy na pokazach firmy MadCat. Zobaczcie jakie nowości są obecnie w sprzedaży. Prezentuje Piotr Boufal.

Wędziska na "dzikie koty" Black Cat Wild Cat.

Wędziska na "dzikie koty" Black Cat Wild Cat.

Autor: redakcja

Nowość na rok 2017 od firmy Blac Cat. Film znakomicie przedstawia najdrobniejsze szczegóły nowego wędziska WILD CAT. Jak twierdzi producent, kije zostały zaprojektowane do wszystkich typów metod stacjonarych. Ich uniwersalna długość pozwala na holowanie zarówno z dalekich odległości jak i jednostki…

Portal wszystkich łowców sumów.
© 2017 Wydawnictwo AS PRO MEDIA. Wszelkie prawa zastrzeżone. 

Projekt i wykonanie erykszolc.com